PANI W.

HomeO mnieKontakt
 
Beskid Niski (2014) czyli...
August 30th, 2015 12:56 pm     A+ | a-

O tym, jak bardzo może przerażać sam dźwięk płynącej rzeki.


Zdjęcia przez cały wyjazd robione były "kalkulatorem"... nie powalają jakością.

Dlaczego Beskid Niski?
Tak naprawdę złożyło się na to parę czynników.
Po pierwsze, rajd, na który zapisałyśmy się z Aszumi (w Tatry słowackie) został odwołany w ostatniej chwili i stwierdziłyśmy, że skoro przygotowałyśmy się mentalnie na wyjazd to trzeba jechać, choćby same, na własną rękę. Potem pomyślałyśmy, że nie mamy zbyt dużo urlopu (raptem 3-4 dni) i może pojechać jednak gdzieś bliżej, żeby nie tracić czasu na dojazd. Na dodatek Aszumi już wcześniej kupiła sobie mapę Beskidu Niskiego z myślą aby się tam kiedyś wybrać...

Pewnie nie prędko wybiorę się kolejny raz w to miejsce.
Wiem, wiem... w tym momencie Aszumi robi na pewno wielkie oczy ze zdziwienia i pyta: „Ale jak to? Nie podobało Ci się? Ja chcę tam wrócić!”
Beskid Niski okazał się dla nas mało gościnnym miejscem. Wyprawa była męcząca i stresująca (choć dzięki temu jest o czym opowiadać). I wcale nie twierdzę, że nigdy tam nie wrócę!

Zacznijmy od początku. 
Zbliżał się długi weekend sierpniowy...
Zawsze trzeba przygotować się co najmniej dzień wcześniej, tak, żeby po powrocie z pracy dopakować tylko kilka drobiazgów i od razu ruszyć na dworzec.
Pierwsza przesiadka w Kielcach. Z autobusu wysiadłyśmy ok godz. 23.00 a w następny miałyśmy wsiąść za jakieś 2 godziny. Od samego początku wszystko się zaczęło trochę komplikować. Dworzec w Kielcach – bardzo nietypowy (przypominający nieco statek kosmiczny), musiał zostać zamknięty na noc i wszyscy pasażerowie zostali grzecznie wyproszeni. Na dodatek nadeszła potężna ulewa i z niepokojem zaczęłyśmy myśleć o tym jak przy takiej pogodzie będziemy chodzić po górach następnego dnia...
Oczywiście autobus, który miał nas zawieźć do Krynicy spóźnił się a wolnych miejsc praktycznie w nim nie było. Dobrze, że miałyśmy z Aszumi wcześniej kupione przez internet bilety, bo w innym wypadku autobus by nas nie zabrał i zostałybyśmy tak w Kielcach do rana, na deszczu, razem z resztą tych osób, którym się nie poszczęściło. Szczerze im współczułyśmy.

 

Krynica Zdrój

Wysiadłyśmy nad ranem z autobusu i od razu ruszyłyśmy w drogę. Ogromnym plusem było to, że przestało padać. Przeszłyśmy kawałek przez miasto aby wejść na czerwony szlak (fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego*) i zaczęły się „schody”. Od razu pod górę i coraz więcej problemów. Miałyśmy ze sobą duże plecaki z całym naszym dobytkiem na te 3-4 dni. Zapasy jedzenia i wody dodatkowo nas dociążyły ponieważ wiedziałyśmy, że zbyt wielu sklepów spożywczych nie spotkamy, zwłaszcza otwartych przy zbliżającym się Święcie. Do tego wszystkiego miałyśmy także namiot. Do dzisiaj się śmiejemy z tego, jak bardzo nam się... nie przydał. Założenie było dobre – zabrałyśmy go na wypadek noclegu na polu namiotowym. Wyszło jednak tak, że przez całą drogę tylko nosiłyśmy go na zmianę. Ani razu z niego nie skorzystałyśmy a był cholernie nieporęczny.

Tuż przed naszym przyjazdem, w Beskidzie Niskim długo i intensywnie padało. Nie wiedziałyśmy o tym z Aszumi, że w tych rejonach doszło w tym czasie do wielu podtopień a nawet małych powodzi. Szczerze mówiąc, nawet jakbyśmy o tym wiedziały to ta informacja najprawdopodobniej wcale by nie zmieniła naszych planów. Trzeba to było przeżyć na własnej skórze, żeby sobie zdać sprawę jak mogą po takich ulewach wyglądać szlaki.
Przez pierwszą godzinę idąc przez las nic niepokojącego się nie działo. Było co prawda chłodno i wilgotno ale w ruchu człowiek tego tak nie odczuwa. Pierwsze trudności wiązały się jedynie z niezbyt dobrze oznaczonym szlakiem, który miejscami się urywał i trzeba było szukać prawidłowej ścieżki. To nie było jednak najgorsze. Tereny, w które powoli nadchodziłyśmy zaczynały przypominać gąbkę nasączoną wodą... Niedawne ulewy zamieniły łąki w wielkie bagniska a drogi w całości były pokryte błotnistą breją. Nie trzeba było długo czekać aby nasze buty stały się kompletnie mokre (co nie jest sytuacją komfortową). Dodam tylko, że do samego końca tej kilkudniowej podróży buty nie zdołały nam do końca wyschnąć.

Teraz gwóźdź programu... Rzeki!

Po samym tytule można się domyślić, że ten (jakże piękny w innych okolicznościach) element przyrody, stał się nie lada utrapieniem. W wielu przypadkach zdarzało się, że szlak doprowadzał nas do brzegu rzeki i tam się urywał. W niektórych przypadkach widać było jego kontynuację po drugiej stronie. Niestety nie zawsze. Czasem kręciłyśmy się w kółko z Aszumi szukając różnych mostków i kładek (które normalnie w takich miejscach występują). Pierwszą, naprawdę stresującą przeprawę przeżyłyśmy tuż przed Mohnaczką Niżną.
 

Przejście przez rzekę nr 1. Na zdjęciu nie wygląda to zbyt strasznie... A w rzeczywistości...

 
Na początku ucieszyłyśmy się, że jest kładka na drugą stronę rzeki (a trochę się jej naszukałyśmy brnąc po mokrych trawach). Aszumi entuzjastycznie poszła pierwsza lecz już przy pierwszym kroku na kładce wpadła w poślizg. Utrzymała jednak równowagę i w mgnieniu oka zrobiła krok do tyłu. Potem trzeba było wziąć trzy głębokie wdechy i spróbować jeszcze raz, tyle, że bardzo ostrożnie. Deska po której szłyśmy była kompletnie mokra a przez to bardzo, bardzo śliska. Na dodatek była pochylona pod lekkim kątem ponieważ drugi brzeg, na który chciałyśmy się dostać był nieco niżej. Prowizoryczna poręcz chwiała się na wszystkie strony a pod nami płynęła woda z ogromną prędkością – aż dziw bierze jak dużą moc może mieć tak wąski potoczek. Gdyby człowiek tam wpadł, być może nic by mu się nie stało. Może potłukłybyśmy się i byłybyśmy tylko mokre razem z całym naszym ekwipunkiem... Ale szczęśliwe, kroczek po kroczku, z walącym sercem, powoli udało nam się przejść. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek odczuła tak wielką ulgę.
 

Mohnaczka Niżna

Tak jak w innych małych miejscowościach Beskidu Niskiego, można tu podziwiać przepiękną drewnianą cerkwię.
Przy okazji małego postoju spotkałyśmy jedną z pierwszych osób na szlaku tego dnia. Dziewczyna szła Głównym Szlakiem Beskidzkim od Wołosatego (w Bieszczadach). Po paru minutach rozmowy dotyczącej jej długiej, samotnej wędrówki wiedziałyśmy już, że mamy do czynienia z prawdziwym górskim weteranem. Na koniec powiedziała nam wzruszając ramionami: „Wiecie, bo ja się teraz gubię mniej więcej 3 razy w ciągu dnia... jak zawsze w Beskidzie Niskim”...

Nie zabrzmiało to zbyt optymistycznie.

 
Mijamy Mohnaczkę Niżną. Cerkiew w tle a Aszumi na pierwszym planie (ze „słynnym” namiotem). Całkiem dobra droga w tym miejscu! Później, standardowo... przedzieranie się przez błoto i chaszcze.
 

 Przejście przez rzekę nr 2

Było to w okolicach Banicy. Najpierw standardowo zgubiłyśmy szlak. Znalazłyśmy się na łące i zaczęłyśmy szukać jakiegokolwiek oznaczenia naszej drogi. Kiedy w końcu dostrzegłyśmy gdzie należy iść... kompletnie się załamałyśmy nie wiedząc co dalej robić. Oznaczenie szlaku widniało na małym drzewku, za którym znajdowało się strome urwisko. Dwa metry poniżej płynęła rzeka i nie było szans żeby tamtędy przejść. Nie było także żadnego mostka ani kładki. Kręciłyśmy się koło brzegu i chciało nam się płakać. Chyba zaczęło dopadać nas w końcu zmęczenie po tych parunastu kilometrach marszu i przez to, że niezbyt długo spałyśmy w autobusie. Do tego przemoczone buty i rzeka, którą nie wiadomo w którym miejscu przekroczyć... i nasze morale spadły.
Przypomniało nam się jednak, że tą samą drogą miesiąc wcześniej szedł nasz kolega Norbert z moim bratem Stanisławem. Aszumi postanowiła zadzwonić do Norberta, żeby poprosić o radę. Po opisaniu miejsca, w którym byłyśmy (charakterystyczny drewniany dom na skraju lasu), Norbert stwierdził, że tam właśnie przeszli ze Staśkiem po paru gałęziach, które były rozłożone nad wodą. Powiedział też, że w tej sytuacji, mimo wszystko musimy jakoś przejść na drugą stronę. Bardzo nam ta rozmowa pomogła mimo, że nie usłyszałyśmy niczego odkrywczego. Było nam to potrzebne, żeby po prostu wziąć się w garść.
Poszłyśmy wzdłuż rzeki, aby znaleźć łagodniejsze zejście do niej, po czym zaczęłyśmy schodzić (po kamieniach i krzakach). Później szukałyśmy miejsca, w którym rzeka wydawała się być najpłytsza. Zdjęłyśmy buty dla samej zasady bo bardziej mokre i tak być nie mogły. Spodnie podwinęłyśmy najwyżej jak tylko się dało i przeszłyśmy na drugą stronę uważając żeby się nie przewrócić. Wybrałyśmy dobre miejsce na przeprawę bo woda sięgała nam ledwie nad kolano. Niezbyt przyjemne było ponowne wkładanie stóp do mokrego obuwia... Brrr... Ale szczęśliwie odnalazłyśmy dalszą drogę.

Mimo, że każdego ranka planowałyśmy dokładnie cały przebieg naszej trasy, uwzględniając miejscowości, w których będziemy spać (miałam nawet zrobioną małą listę adresów i telefonów kontaktowych), zawsze wychodziło inaczej niż w planie. Na bieżąco musiałyśmy korygować trasę uwzględniając warunki na szlaku, pogodę i poziom naszego zmęczenia. Pierwszego dnia nocleg znalazłyśmy trochę wcześniej niż w pierwotnym założeniu. Spotkałyśmy po drodze paru młodych, przesympatycznych ludzi, którzy doradzili nam nocleg w „Siwejce” a my byłyśmy zbyt zmęczone, żeby szukać czegokolwiek innego. „Siwejka” to piękny pensjonat w malowniczych Ropkach. Wszystkie pokoje były zajęte, ale mogłyśmy rozłożyć się w budynku gospodarczym, na poddaszu co w zupełności nam wystarczyło. W bardzo miłym towarzystwie (gospodarzy, ich gości i paru psów) zjadłyśmy część naszego prowiantu wpatrując się ze zgrozą w okno. Padało. Ciarki przechodziły na samą myśl, że miałybyśmy tą noc spędzić w namiocie. Tak samo było każdego następnego dnia. 
Bardzo szybko przeniosłyśmy się do budynku, w którym miałyśmy spać i błyskawicznie usnęłyśmy. Zostałyśmy uprzedzone, że w tym samym miejscu na parterze będzie spać pewna rodzina (z dziećmi i psem). Spałyśmy tak mocno, że nawet nie usłyszałyśmy jak wszyscy przyszli układać się do snu...

 

Dzień pierwszy

 

Dzień drugi

 

Ropki

Co dzień wieczorem – deszcz. Ale poranki były piękne! Tutaj idziemy do Hańczowej.

Po drodze – standardowy widok... Drogowskaz prowadzący prosto do rzeki. 


 
Dzień drugi był piękny i słoneczny.
Nauczone doświadczeniem dnia poprzedniego (analizując wnikliwie mapę), ominęłyśmy miejsca, w których mogłybyśmy utknąć albo brodzić po wodzie. Bardzo pomagały nam też rozmowy z napotkanymi ludźmi (choć nie było ich zbyt dużo). Przez całą drogę mijałyśmy liczne cerkwie, kapliczki, cmentarze wojenne z okresu I Wojny Światowej.  

 

„Nie płaczcie, że leżymy tak z dala od ludzi, A burze już nam nieraz we znaki się dały - Wszak słońce co dzień rano tu nas wcześniej budzi I wcześniej okrywa purpurą swej chwały.”
 

Cmentarz nr 51 Rotunda.


Byłyśmy kompletnie zaskoczone. Środek lasu, wkoło żywego ducha a naszym oczom ukazał się taki widok. Cmentarz robi niesamowite wrażenie.

Dla wnikliwych, do poczytania: http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/obiekty&ID=22&catID=112 

Dobrze, że miałyśmy spore zapasy wody. Słońce grzało dosyć mocno a sklepów po drodze nigdzie było (a jak były to akurat zamknięte).Tego dnia cięższych przepraw przez rzeki nie przeżyłyśmy ale zbyt łatwo też być nie mogło.

W Zdyni trochę trzeba było się pogimnastykować i przeczołgać pod pastuchem elektrycznym, którym ogrodzona była łąka. Do tej pory jeszcze się nie spotkałyśmy z sytuacją, gdzie szlak turystyczny przebiega przez teren prywatny. Gospodarze jedynego domu koło tego terenu wzruszyli jedynie ramionami, stwierdzając, że nie wiedzą dlaczego tak to wygląda. Wytłumaczyli nam jedynie jak bezpiecznie przejść przez ogrodzenie pod napięciem na skraju lasu (tam gdzie szłyśmy dalej). Niedługo później spotkałyśmy miłego chłopaka, który ostrzegł nas przed dalszym odcinkiem szlaku do Wołowca, który według niego był nie do przejścia. Postanowiłyśmy zatem szukać noclegu gdzieś indziej. Zostałyśmy uprzedzone także o burzy, która miała za parę godzin nadejść w te rejony a nie od dziś wiadomo, że jest to sytuacja, której Aszumi boi się najbardziej na świecie. Trzeba było wrzucić piąty bieg, wyjść z lasu i znaleźć jak najszybciej nocleg. Nie było to niestety takie proste...

Kiedy po długim marszu drogą asfaltową dotarłyśmy do jedynego punktu w okolicy, który oferował turystom noclegi okazało się, że wszystko jest zajęte a na podłodze też nam nie pozwolą spać (bo nie mają tego w zwyczaju). Pogoda się psuła, zaczęło padać a my byłyśmy już zmęczone i zrezygnowane. W takich sytuacjach najlepszym rozwiązaniem jest łapanie stopa. Dzięki temu poznałyśmy pewne niesamowite małżeństwo w średnim wieku. Nie dosyć że zabrali nas samochodem do najbliższej wioski (Gładyszów), to czekali za każdym razem, kiedy szłyśmy zapytać się o wolne miejsca. Chcieli mieć pewność, że znalazłyśmy bezpieczne lokum. O dziwo, znalezienie jakiegokolwiek noclegu (pomimo wielu gospodarstw agroturystycznych) było bardzo problematyczne i w większości wszystkie miejsca były pozajmowane. Po paru nieudanych próbach, w końcu udało nam się znaleźć miejsce do spania. Długo byłyśmy pod ogromnym wrażeniem życzliwości ludzi, którzy nas tam podwieźli.
 

Okolice Hańczowej. Ktoś postanowił nas kawałek odprowadzić...

Kozie Żebro


Trasa pokonana drugiego dnia (w tym parę kilometrów stopem)
 
 


Dzień trzeci: Magurski Park Narodowy.

Zanim tam dotarłyśmy, skorzystałyśmy z okazji i zostałyśmy podwiezione kawałek samochodem przez młodą dziewczynę. Nie ma to jak pojechać po bułki do najbliższego sklepu, który znajduje się parenaście kilometrów od domu...
Skierowałyśmy się z Aszumi (żółtym szlakiem) w kierunku Bartnego. Droga po jakimś czasie oczywiście stała się niemiłosiernie błotnista. Zaliczyłyśmy także dwa przejścia przez płynące strumienie. Pierwszy z nich był naprawdę niepozorny i nie sprawił nam kłopotu. W drugim przypadku było już trochę gorzej.
 

Przejście przez rzekę nr … już nie wiadomo który...
 
W tym miejscu woda normalnie nie płynie... Zazwyczaj jest to droga wyłożona betonowymi płytami. Myślałyśmy, że pójdzie gładko, w końcu co to dla nas po takich przejściach! Okazało się jednak, że ten fragment trzeba było przejść nie odrywając w ogóle stóp od dna bo by nas prąd przewrócił. Przy tak płytkiej wodzie płynął nadspodziewanie szybko więc posuwałyśmy się bardzo wolno, stawiając malutkie kroczki. Kolejny i chyba już ostatni raz udało nam się nie wylądować w wodzie, co uważam za nasz mały sukces!
Kolejny odcinek drogi przeszłyśmy w rekordowym tempie, po czym znalazłyśmy się na terenie Magurskiego Parku Narodowego. Teren różnił się bardzo od tego, który już poznałyśmy wcześniej i zamiast dzikiej gęstwiny miałyśmy teraz podziwiać świetlisty las wraz z „wyrastającymi z ziemi” różnymi formami skalnymi, które nie wiadomo nagle skąd się wzięły. Tak właśnie wyglądał rezerwat Kornuty. Dla nas to była bardzo miła odmiana.  

 

Rezerwat Kornuty

 
Niestety... W jakim terenie byśmy się teraz nie znalazły, za każdym razem nerwowo spoglądałyśmy na mapę analizując czy znów nie wpakujemy się w kolejną rzekę lub strumień. Nawet wtedy gdy płynęła gdzieś blisko byłyśmy już zaniepokojone a po plecach przechodziły nam ciarki.

Kiedy zeszłyśmy już ze szlaku do pewnej małej miejscowości poczułyśmy się co najmniej dziwnie. Prosto z lasu wyszłyśmy na idealnie wybrukowany chodnik, przy którym w równych odległościach stały eleganckie ławeczki. Równa droga, krótko przystrzyżona trawka, ludzie (w suchych i czystych butach) spacerują niespiesznym krokiem... Człowiek przez te 3 dni zdążył już zapomnieć jak wygląda „cywilizowany” świat. A najlepsze w tym jest to, że właśnie w takim świecie można poczuć się zupełnie obco.  

 
 

W kierunku Sękowej

Ruszyłyśmy w drogę do Sękowej, gdzie miałybyśmy już zarezerwowany nocleg. Droga była długa i prowadziła drogą asfaltową przez małe wioski (Męcina Mała, Męcina Wielka). Pogoda była jednak tak ładna a mijane miejscowości tak malownicze, że nie czułyśmy nawet potrzeby łapania stopa aby skrócić sobie czas podróży.  
 

Dopiero parę kilometrów przed Sękową podjechałyśmy kawałek samochodem do samej miejscowości. Mimo, że zaczęłyśmy już odczuwać zmęczenie, postanowiłyśmy zobaczyć drewniany kościółek św. Filipa i Jakuba (jeden z najwspanialszych zabytków w tym rejonie, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO). Co prawda musiałyśmy nadrobić parę kilometrów ale stwierdziłyśmy, że skoro jesteśmy już w tej miejscowości to grzechem by było z tego nie skorzystać.
 
Sękowa

Nasze miejsce noclegowe znajdowało się prawie na samym końcu wsi. Szłyśmy bardzo długo i byłyśmy już niesamowicie zmęczone kiedy w końcu dotarłyśmy. Jeżeli nigdy niezmordowana Aszumi już ledwo szła... to znaczy, że naprawdę pokonałyśmy tego dnia bardzo długi dystans.
 

Dzień trzeci

Wieczór spędziłyśmy za to w niezwykle sympatycznej atmosferze! Oprócz mnie i Aszumi w tym samym budynku nocowały także dwie kobiety w średnim wieku, które przyjechały na pokazy psów rasowych do Gorlic (oczywiście razem ze swoimi psami). Siedziałyśmy wszystkie w kuchni i gadałyśmy do późna razem z gospodynią domu... w sumie 5 bab i dwa psy (przy małej flaszeczce jakiejś wódki, którą z uśmiechem gospodyni postawiła na stół).

Następnego dnia od rana jedna z pań zawiozła nas samochodem na dworzec do Gorlic dzięki czemu nie musiałyśmy zasuwać na pieszo. Był to bardzo miły akcent na koniec naszej przygody z Beskidem Niskim.
Potem długa podróż do domu... Najpierw z Gorlic do Krakowa a potem z Krakowa prosto do Zgierza.

Teraz zaczynam się zastanawiać czy wszystkie nasze wyjazdy z Aszumi będą przebiegać tak intensywnie. Wszystko wskazuje na to, że tak...


 
* GSB (Główny Szlak Beskidzki) - szlak oznaczony kolorem czerwonym, który prowadzi od miejscowości Wołosate w Bieszczadach aż do Ustronia w Beskidzie Śląskim (lub w odwrotną stronę – od Ustronia do Wołosatego). W całości liczy sobie 496 km! Fragment tego szlaku biegnie także przez Beskid Niski i właśnie tej drogi trzymałyśmy się z Aszumi pierwszego i drugiego dnia w górach.

 
No comments posted...
Leave a Comment
* Name
* Email (will not be published)
*
* Enter verification code
* - Reqiured fields
 
Older Post Home Newer Post
                                                                                                                                                                                                                             
Pani Walczak Pani Walczak Pani Walczak Pani Walczak
(Narko) Szydełko
Listopadowy Berlin
"Zaćmienie" - Paleta.
Jaki kolor ma morze?
Pani W nad polskim morzem
Lato - Pejzaż malowany Ziemi Łódzkiej.
Rowerem dookoła Zalewu Sulejowskiego
Jak to się robi? Część 2: Linoryt
Beskid Mały: Drwale i jaskiniowcy.
Wystawa Stowarzyszenia Artystów "Młyn" we Włocławku
Smreczyński
Jak to się robi? Część 1: Skarpetki
Słoiczkowy upgrade
Epic Love
ROMA (04-06.XII.2015)
Mountains Lover
Jak zorganizować wesele... i nie wydać fortuny
Ekspresji i liryki ciąg dalszy
Tatry Zachodnie 4-6.IX.2015
Beskid Niski (2014) czyli...
Viva L'Italia! Part 2
Dzień w którym zostałam Panią W. (27.06.2015)
Viva L'Italia! Part 1